10
Jun

Droga do szkoły

Powolutku i z oporami budziłem się. Przez mgłę snu przedzierał się wredny sygnał elektronicznego budzika. Złapałem wreszcie źródło hałasu i z uczuciem pieprznąłem nim o ścianę. Ta forma rozładowywania stresów odpowiadała mi najbardziej. Budzik był z typu tych niezniszczalnych, więc nic mu się nie stało, a ja – już rozluźniony i w miarę obudzony – wstałem i z zamkniętymi oczyma podążyłem w stronę łazienki.

Jak zwykle nie wymierzyłem za dobrze i tym razem trafiłem czołem w kontakt. Zetknięcie to nie było zbyt przyjemne, przez następne kilka minut siedziałem bezmyślnie pod ścianą i budziłem się jeszcze raz. Gdy w końcu z głębi swego jestestwa powróciłem do świata żywych, stwierdziłem, że nie zostało mi zbyt wiele czasu do wyjścia. Szybko narzuciłem na siebie ubranie, wpadłem do kuchni i zrobiłem podwójną porcję kanapek, zapiąłem kamizelkę kuloodporną, przypiąłem pas z amunicją i GLUCK-iem 15, szybko przeładowałem obrzyna i już na schodach założyłem kask.

Wychodząc z domu, odruchowo wykonałem pad z przewrotem za samochód sąsiada – tak na wszelki wypadek. Rano strzelanina na moim osiedlu najczęściej nie przekraczała rozsądnej granicy, ale nigdy nic nie wiadomo. Zawsze mogłem dostać się w sam środek porachunków dwóch band młodzieżowych, lub też trafić na kilku skinów w wyjątkowo towarzyskim nastroju.

Wyjrzałem zza opancerzonej Syreny 105 Bosto, mój wykrywacz biomasy wykazał tylko kilka odległych postaci zajętych wzajemną wymianą ołowianych argumentów. Drogę na miałem wolną. Wychodząc na prostą przed przystankiem, połączyłem się za pomocą radiotelefonu z chłopakami siedzącymi w szańcu przystankowym. Jak zwykle był już Filip i Kijan. Do przyjacielskich przysług należało osłanianie kolegów zdążających odkrytym terenem do przystanku. Potwierdzili, że mnie usłyszeli i lekko skulony, wyćwiczonym zygzakiem podbiegłem do bunkra.

W drodze jakiś strzelec z najwyższego piętra wieżowca próbował mnie trafić, ale chłopaki położyli na nim ogień zaporowy i spokojnie dotarłem do przystanku. Następnie sytuacja się powtórzyła i osłanialiśmy Łysia, ale samotny strzelec z wieżowca już się nie odezwał. Kijan miał M16, a Filip kałacha, więc bardzo możliwe, że uciszyli gościa na stałe. Ich broń była dobra, ale bardzo nieekonomiczna. Magazynki do karabinów maszynowych były drogie i szybko się kończyły. Ja używałem pięciostrzałowego obrzyna i najczęściej ładowałem go grubym śrutem myśliwskim. Taki śrut z odległości sześciu metrów wywalał w grubej gipsowej ścianie dziurę o średnicy jednego metra. Mogłem go ładować również normalnymi nabojami, ale nadal nie była to zbyt celna broń. Gdy potrzebowałem celności to miałem mojego GLUCK-a 15, wspaniały piętnastostrzałowy, bezodrzutowy pistolet, z długą – zapewniającą celność i dalekonośność – lufą. Dodatkowo miałem zamontowany na nim celownik optyczny, do którego dostałem filtr na podczerwień, który przydawał się gdy zimą wracaliśmy wieczorem ze szkoły.

Całe to oprzyrządowanie powodowało, że mając chwilę spokoju i punkt podparcia, trafiałem z odległości połowy kilometra w sam środek głowy delikwenta. Najczęściej stosowałem do niego własnoręcznie wykonywane kule Dum-Dum zapewniające mi dużą skuteczność bojową. Oczywiście miałem na sobie dużo innego wyposażenia zapewniającego przeżycie w tych ciężkich czasach. Jak już wspomniałem, kask naszpikowany różnorodną elektroniką, granaty różnego rodzaju (konwencjonalne, oślepiające, ogłuszające, dymne, gazowe, a nawet jeden fosforowy), gaśniczkę osobistą, która przydawała się w czasie bezpośredniego trafienia mołotowem. Małego subnotebooka, zastępującego wszystkie książki i zeszyty miałem wmontowanego wewnątrz kamizelki.

Po drodze przemieszczały się nieliczne o tej porze opancerzone pojazdy, w końcu zajechał nasz autobus. Ciężki wóz, z bezdętkowymi oponami i zaspawanymi stalowymi blachami z otworami strzelniczymi. Szybko, z wprawą wpakowaliśmy się do środka i przywitaliśmy się z naszymi kolegami, jadącymi do tej samej szkoły. Każdy zajął swoje miejsce przy otworach strzelniczych i rozpoczęła się nasza jazda do Zduńskiej Woli, gdzie mieścił się nasz bunkier szkolny, pod nazwą Zespół Szkół Elektronicznych. Po następnych dwóch przystankach i uzupełnieniu składu osobowego, wyjechaliśmy z miasta. Według niepisanego prawa, na drogach nie używano granatów i rakiet przeciwpancernych, ponieważ niszczyły cenną nawierzchnię, co dotykało zarówno miejscowych jak i przejeżdżających.

Najczęściej nasz autobus nie był atakowany, ponieważ odgryzaliśmy się wszystkim z całą radością i pełną siłą ognia. Jak zwykle mój podziw wzbudziła postawa kierowcy, który nawet podczas najcięższego ostrzału nie przerywał jedzenia kanapek i pociągania z piwa z puszki. Jak mi się udało zauważyć, zawsze miał przy sobie minimum dzieśięć sztuk – no cóż, każdy radził sobie ze stresem jak potrafił. Tym razem przejechaliśmy w miarę bezpiecznie i dopiero na przedmieściach Zduńskiej Woli przywitał nas ogień zaporowy z rosyjskiego CKM-u. Jednak strzelec nie zdążył dokonać większych szkód – poza rozszarpaniem jednej z szesnastu opon – ponieważ kierowca nie przerywając żucia, przejechał po jego stanowisku miotaczem ognia, zamontowanym na stałe w tych typach pojazdów szkolnych.

Wjechaliśmy do tego gościnnego miasta i w szybkim tempie zaczęliśmy tracić amunicję. Na przystanku wysiedliśmy tak jak na kilku poprzednich robili to nasi znajomi z plastyka i ogólniaka. Najpierw poszło kilka granatów różnego rodzaju, następnie położyliśmy na terenie zasnutym teraz dymem z naszych granatów ogień zaporowy, a kilku dyżurnych tego dnia wyskoczyło z autobusu, i osłaniało wyjście pozostałych. Ze szkoły wspomagał nas ogień ciężkich karabinów maszynowych i wyrzutni rakiet.

Wypadłem z autobusu i błyskawicznie przeczołgałem się za osłonę klombu kwiatowego. A następnie zdawkowo zacząłem się odgryzać autochtonom, a śrut z obrzyna dokonywał niezłego spustoszenia na terenie okopów miejscowej młodzieży szkolnej. Po kolei docieraliśmy do przejścia podziemnego i przechodziliśmy pod jezdnią na drugą stronę do szkoły.

Przy wejściu stał stary wykrywacz metali, dawniej każdy musiał oddać całą broń przed wejściem, ale gdy kilka razy miejscowym udało się przedrzeć do środka szkoły, po rozpatrzeniu strat osobowych, dyrekcja zgodziła się zezwolić na broń. Doszedłem do klasy i wyjąłem subnotebooka, byłem gotowy na kolejny dzień nauki.

1
Mar

O królestwie i o smoku

Dawno, dawno temu, za górami i lasami było sobie szcześliwe królestwo. Ludzie żyli w dostatku, niczego nie brakowało i wszyscy byli zadowoleni ze swojego wspaniałego króla. Jednak, jak to w baśniach bywa, sielanka nie trwała wiecznie. Pewnego dnia bowiem w królestwie pojawił się straszny smok – ogromny jak góra, o płomieniu tak gorącym, że przetapiał skały w szkło w ciągu pięciu sekund. Co gorsza – smok, jak kazdy stereotpowy smok z baśni, gustował w dziewicach, które należało dostarczać do jego jaskini, gdzie je rozdziewiczał, a potem zjadał to co zostało po rozdziewiczaniu.
Blady strach padł na ludność w tym królestwie. Szkoda było pięknych dziewczyn,a smok zapowiedzial, że jak skończą się dziewice to spali całe królestwo i odleci. Należało coś z nim zrobić – najlepiej zabić.
Jak to w baśniach bywa, król miał trzech synów. Pierwszy, najstarszy byl silny jak tur, powiadano, że jak ścisnął tysiącletni dąb, to sok z niego tryskał jak z młodej brzózki. Średni, trochę młodszy, także był nie lada mocarzem – podobno potrafił dwa byki za rogi położyć na ziemi. Trzeci, najmłodszy… no wiecie… szkoda gadać – trzeci był po prostu głupim wymoczkiem, o prostym sercu i sile dwunastoletniej dziewczynki.
Wezwał zatem król do siebie swojego najstarszego syna i tako mu rzecze:
- Najstarszy, najsilniejszy, najmądrzejszy i najpiękniejszy synu mój. Załóż swoją świętą zbroję, weź magiczny miecz i idź zabij smoka. Syn przytaknął wdział świętą zbroję, wyrwał ze skały magiczny miecz i poszedł zabić smoka. Szedł i szedł przez dziki las. Nagle patrzy: na ziemi leży gniazdo z pisklętami, które spadlo z drzewa. Niewiele myśląc, kopnął gniazdo i poszedł dalej. Doszedł nad leśne jezioro, patrzy, a tam na brzegu leży ogromny szczupak i dusi się. Zarechotał z tak zabawnego widoku, kopnął rybe i poszedł dalej. Doszedł do największego mrowiska w cały świecie. Czarna masa mrówek uwijała się po wielkim stogu ściółki wśród swoich mrówczych obowiązków. Rycerz wytrząsnął na mrowisko węgielek z fajki, popatrzył trochę z radością na walkę mrówek z pożarem i poszedł dalej.
Wyszedł w końcu z lasu i ujrzął smoczą jaskinię. Stanął przed nią, podparł się dumnie swoim magicznym mieczem i krzyknął z całej siły swoich ogromnych płuc:
- Smoku! Przyszedłem cię zabić!
A smok smarknął [SMARK!] i go zabił.

Czarna żałoba okryła królestwo wobec straty najdzielniejszego rycerza…
Coż było robić, król w rozterce wezwał przed swój tron średniego syna i tako mu rzecze:
- Średni, silny, inteligentny i piękny synu! Twój wspaniały brat nie podołał swojemu zadaniu i nie zabił smoka. Tradycja nakazuje abyś teraz ty poszedł i zmierzyl się ze smokiem. Może tobie się poszczęści…
Wdział zatem średni syn swoją piękną cudowną zbroję i przypasał swój lśniący miecz. Ruszył w drogę…
Idzie, idzie ciemnym lasem i napotyka gniazdo z pisklętami, kopnięte przez swojego brata. Pisklęta posiniaczone, biedne, piszczą i płaczą. Zarechotał szpetnie średni syn i skopał je jeszcze bardziej. Kroczy dalej, aż doszedł nad brzeg leśnego jezioram gdzie wśród trzcin na brzegu leżał ogromny szczupak i się dusił. Zarechoptał szpetnie średni syn i skopał wielką rybę, czerpiąc z tego sadystyczną przyjemność. Doszedł też do częściowo spalonego mrowiska, gdzie cała rzesza mrówek starała się odbudowac swój dom, uwijając się jak w ukropie. Średni syn zarechotał szpetnie nad nieporadnością mrówek, dobył miecza i rozpaprał nim resztę mrowiska. Popatrzył z radością na swoje dzieło zniszczenia i ruszył w dalszą drogę. Wyszedł w końcu z lasu i stanął pod jaskinią smoka.
Oparł się na swoim cudownym mieczu i krzyknąl z całej siły swoich wielkich płuc:
- Smoku! Przyszedłem cię zabić!
A smok smarknął [SMARK!] i go zabił.

Ponownie żal i smutek spadł na królestwo.
Ludzie płakali, bo wiedzieli, że teraz przyjdzie im stracić córki, a potem samemu zginąć w płomieniach. Pewnego dnia przypomnieli sobie o najmłodszym synu – nieszkodliwym debilku i zaczeli żądać, aby król wysłal go z misją, bo przecież powszechnie wiadomo, że najmłodszy syn zawsze da radę. Władca zatem wezwał przed swój tron swojego najmłodszego syna i tako mu rzecze:
- Mój najmłodszy, najgłupszy i najsłabszy synu… Twoi wspaniali bracia nie podołali wyzwaniu i polegli w chwalebnym boju. Teraz w tobie nasza cała nadzieja. Ruszaj zatem na smoka, masz moje błogosławieństwo.
Najmłodszy, głupiutki syn wdzial swoją żelazną, pordzewiałą zbroję, którą ledwo udźwignał na swoim cherlawym grzbiecie. Zabrał też swój zwyczajny, żelazny miecz, który wyróżniał się chyba tylko nadzwyczajną nieporęcznością i rdzą na klindze. Tak uzbrojony, głupi syn wyruszył w drogę.
Idzie ciemnym lasem i nagle napotyka gniazdo skopane przez swoich starszych braci. Pozbierał to, co z niego zostało, utulił pisklęta i osadziwszy gniazdo na gałęzi, poukładał tam ptaszki. W tym samym momencie przyleciał ogromny orzeł i przemówił ludzkim głosem:
- Młody, głupiutki rycerzu, okazałeś dobre serce i dlatego ci pomogę, gdy będziesz walczył ze smokiem. Wystarczy, że klaśniesz trzy razy, a przylecę i stanę u twego boku.
Uradowany rycerz poszedł w dalszą drogę, aż po długiej wędrówce leśnymi ostępami dotarł do jeziora. Na brzegu ujrzał ogromnego szczupaka, skopanego i duszącego się okrutnie. Dźwignąl z wysiłkiem wielką rybę i wrzucił ją do jeziora. Już miał iść dalej, gdy woda zabulgotała a z niej wylazł ogromny rybo-człek i bulgocząc po rybiemu przemówił ludzkim głosem:
- Młody, głupiutki rycerzu, okazałeś dobre serce i dlatego ci pomogę, gdy będziesz walczył ze smokiem. Wystarczy, że gwizdniesz trzy razy, a przypłyne i stanę u twego boku.
Szczęśliwy rycerz ruszył dalej i dotarł po jakimś czasie do mrowiska, gdzie mrówki w pocie mrówczego czoła odbudowywały swoje mrowisko. Jako, że miał dobre serce, pomógł im jak umiał i po kilku godzinach ciężkiej pracy, mrowisko stało odbudowane, większe i piękniejsze niż wcześniej. Już miał dochodzić, gdy nagle spod ziemi wylazła ogromna królowa wszystkich mrówek, tak duża jak bawół i przemówiła doń ludzkim głosem:
- Młody, głupiutki rycerzu, okazałeś dobre serce i dlatego ci pomogę, gdy będziesz walczył ze smokiem. Wystarczy, że kaszlniesz trzy razy, a cały mój lud i ja sama przybędziemy ci na pomoc.
Pewny siebie, mając takich poteznych przyjaciół, rycerz wyruszył w dalszą drogę i wyszedł w końcu z ciemnego lasu. Stanął przed jaskinią smoka, podparł się swoim zardzewiałym mieczem i krzyknął swoimi wątłymi płucami:
- Smoku! Przyszedłem cię zabić!
A smok smarknął [SMARK!] i go zabił.

1
Mar

Blondynka i porshe

Blondzia kupiła sobie sportowy wózek, jakieś Porshe czy cos. Nuże na pierwszej przejażdżce zajechała drogę obfitej ciężarówie. Wrzask opon.. dym z pod kół, wziuuu… trzask, bum, pierdut! i naczepa w dole… Porszak zdążył szczęśliwie wyhamować, za kołkiem siedzi obojętna blondzia z miną typu \”no co, wszak nic się nie stało\”. Z kabinki Scanii wygramolił się nierówno wkurzony szofer, wyciągnał z kieszeni kawałek kredy natomiast narysował kółko na asfalcie. Następnie wyciągnął blondzie, postawił w tym kołku a krzyczy:
- Stój tu stworo natomiast nie ruszajże się stad!
Blondzia staneła powolnie, a facet zarekwirował się za demolkę w porszaku. Wyrwał drzwi, setne fotele wyciepał do wykopu, ogląda się za siebie…, blondzia nic, stanie i się uśmiecha…
- Czekaj ano cholero… – pomyślał typek wyciągając majcher. Spruł drobnostkowo tapicerkę, podziurawił opony, ogląda się za siebie, blondzia rzeczeniu…
- Zaraz cię coraz niezwyklej rozweselę… – klient popędził po kanistrer, olał porszaka i zapalił trupa. Nawraca do blondzi, natomiast owa wciąż stanie, tylko buźka jej śmieje:
- Hihi.. haha.. hihiii..
- Ano natomiast co w tym takiego śmiesznego?
- Hihi…natomiast ponieważ jak pan nie patrzył, owe ja wyskakiwałam z tego kołka

1
Mar

Spłacanie długów

Na zamku króla Artura żył pewien dworzanin. Od lat ogarnięty był dość typową obsesją popieszczenia języczkiem ślicznych piersi Królowej. Tylko świadomość kary śmierci połączonej z kastrowaniem powstrzymywała go przed zaspokojeniem swoich żądz. Pewnego razu dworzanin zdradził swoje rozterki nadwornemu medykowi. Medyk zaproponował pewne wyjście z sytuacji, więc panowie zawarli dżentelmeński układ. Medyk miał użyć swoich wpływów oraz magicznych ziół, aby umożliwić spełnienie marzeń dworzanina, za co ten zobowiązał się zapłacić tysiąc dukatów w złocie. Następnego dnia, medyk jak zwykle przygotował leczniczą kąpiel dla Królowej. Korzystając z chwili królewskiej nieuwagi, wsypał do staniczka szczyptę białego proszku wywołującego uporczywe swędzenie. Kiedy tylko Królowa się ubrała, proszek natychmiast zaczął działać. Nie pomagały żadne maście, swędzenie wciąż narastało na sile. Doszło nawet do obrazy kilku posłów obcych mocarstw. Nieprzystojne drapanie się po biuście odbierało Królowej cały majestat. Król w końcu posłał po medyka…. Medyk rzecz obadał dokładnie, a jakże, po czym stwierdził, że tylko specjalny enzym występujący w ślinie, dozowany przez cztery godziny, może wyleczyć uczulenie. Na zamku jest pewien dworzanin, a testy wykazały, że jego ślina może być całkiem dobrym lekarstwem. Król natychmiast posłał po dworzanina… Zobowiązany kontraktem medyk, dał dworzaninowi garść antidotum, które ten szybko włożył do ust i udał się do apartamentów Królowej. Przez bite cztery godziny dworzanin poużywał sobie za wszystkie lata. Kiedy czas minął, dworzanin był kompletnie wyczerpany a także wyleczony ze swojej obsesji. Następnego dnia medyk spotkawszy dworzanina na zamkowym dziedzińcu, zgodnie z umową zażądał tysiąca złotych dukatów. Zaspokojony już dworzanin zaczał się wykręcać od zapłaty, wymawiając się niewielkim wysiłkiem ze strony medyka. Mocno zniesmaczony medyk udał się do swojej komnaty, gdzie przygotował następną porcję swędzącego proszku. Rankiem medyk udał się do apartamentów Króla, gdzie wsypał proszek w świeżo wyprane królewskie gacie…